logotype

Dzień II - Brać co dnia

Do Jerzego udaje złapać się autobus, kościół jest niedaleko Kapitolu, przy nietypowym łuku, w miejscu, gdzie kiedyś był najstarszy w Rzymie targ, handlowano tu wołami i warzywami. Dobre miejsce na śniadanie.

 

Czyli ten krzyż mam brać każdego dnia? OK, chociaż wiesz, że przydałyby się jakieś wakacje, tak na kilka dni wyjechać i przestać żyć. Odpocząć. No ale skoro mówisz, że codziennie, to chyba dlatego, że w sumie tego co wczoraj już nie zmienię, a jutra może nie być. Więc zostaje tylko dzisiaj. No i mam ten krzyż brać sam, a nie czekać, aż mi go dadzą, włożą na grzbiet. Wiesz, chyba kumam, bo w sumie można żyć tym, co dają i wtedy ma się wytłumaczenie swojego nieogarnięcia, że rodzina, koledzy, szkoła, praca, premier, konsumpcjonizm i w ogóle taki klimat zły. A jak się weźmie samemu, to nie ma na kogo zrzucić winy. Dobra, to dzisiaj sam coś wymyślę i to zrobię, żeby nie było, że nie żyję tylko tym, co mi podadzą.

Śniadanie udane, jak dobre jajka na boczku, czuć że był tu targ. Zbieramy się, bo zimno, mijamy kościół Matki Bożej, ten z Ustami Prawdy, ale jestem pewien, że prawdę na dziś już usłyszałem, więc zostawiam to miejsce japońskim turystom.